czwartek, 25 listopada 2010

Czeskie ścieżki (4): ZOMBIE POD KATEDRĄ

Nie wszystkie czeskie drogi są tak fajne, jak nam się na początku wydawało. Jedziemy po autostradzie - a trzęsie jak w pociągu rozpędzonym na zdezelowanych torach między Częstochową a Lublińcem. Niestety "Błękitna Strzała" nie ma miękkiego zawieszenia. Na szczęście kolejny punkt programu naszej wyprawy już blisko.

Brno. Drugie co do wielkości miasto Republiki Czeskiej, największe miasto Moraw. Już w VI wieku powstała tu słowiańska warownia, a na początku XI stulecia książę Brzetysław wybudował gród, który rozwinął się we współczesne miasto (prawa miejskie - 1243 rok). Nieskutecznie oblegali Brno husyci, podczas wojny trzydziestoletniej Szwedzi, a w roku 1742 wojska pruskie. Udało się je zdobyć dopiero Napoleonowi, który rozkazał później wyburzyć większość miejskich fortyfikacji i Brno przestało być twierdzą.

Zaraz po tym, jak wjeżdżamy do miasta, widzimy wybijającą się ponad wszystko katedrę. - Wielka jak świątynia Ulryka w Middenheim! - stwierdza Kuba, a ja muszę przyznać, że coś w tym jest.

Jeśli nie masz pojęcia, Drogi Czytelniku, o co chodzi w tym porównaniu, nie martw się, to nie świadczy o Tobie źle. Po prostu nie jesteś, jak my, erpegowym geekiem, który zmarnował sobie młodość na turlaniu kostkami i zabijaniu smoków. Niech starczy Ci, że katedra, doskonale widoczna już z daleka, wygląda majestatycznie.

Jednak to nie do niej najpierw idziemy. Co prawda, taki był plan, ale jedyny wolny parking znajdujemy pod hotelem ulokowanym naprzeciwko zamkowego wzgórza. Zatem - na Špilberk!

Zamek wzniesiony przez króla czeskiego Przemysława Ottokara II na przestrzeni ponad siedmiu wieków swej historii pełnił role siedziby monarchów, potem margrabiów morawskich, był więzieniem o bardzo ostrym rygorze, a dziś mieści się w nim muzeum. Co prawda, sam w sobie nie wygląda szczególnie imponująco - i w Czechach i w Polsce pełno ładniejszych zamków - ale spacer po otaczającym go, malowniczym parku i widok z murów na prawie całe Brno sprawiają, że z wycieczki jesteśmy zadowoleni. Pora na katedrę.

Katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Brnie rzeczywiście jest wielka, ale z bliska nie wygląda już tak wyjątkowo. To przede wszystkim położenie na szczycie wzniesienia dodaje świątyni majestatu. Nie poświęcamy jej zbyt wiele uwagi i cennego czasu, chcemy przecież jeszcze zwiedzić uliczki starego miasta, a robi się późno.

Zatem odwracam się plecami do katedry i nagle widzę na dachu naprzeciwko... konia zombie. Nie mam pojęcia, co autor miał na myśli, ale wygląda toto - geek mode on - jak wierzchowiec ożywieńców z bitewnego Warhammera. Jakby tego było mało, z sąsiedniego dachu najwyraźniej przygląda mi się samuraj. Fajne miasto, to Brno.

Ale nie spędzimy już w nim zbyt wiele czasu. Praga czeka!

Czeskie ścieżki (1): BŁĘKITNA STRZAŁA
Czeskie ścieżki (2): CYCKI I CZOŁGI
Czeskie ścieżki (3): KNEDLIKI PO ANGIELSKU

poniedziałek, 22 listopada 2010

Czeskie ścieżki (3): KNEDLIKI PO ANGIELSKU

Ołomuniec ma za sobą tysiąc lat historii, pierwsze pisemne wzmianki o mieście pochodzą z początków XI wieku. W wieku XII stał się stolicą Moraw, w XIII zaś zdobył status miasta królewskiego. Na terenach, które obejmuje państwo czeskie, przez stulecia był zawsze "drugi po Pradze". Był drugim ośrodkiem miejskim, jeśli idzie o wielkość, powstał w nim też drugi czeski uniwersytet (w roku 1573). Dobre czasy skończyły się podczas wojny trzydziestoletniej, kiedy Szwedzi zdobyli i zniszczyli miasto, a prymat w okolicy przejęło Brno. Ale i dziś Ołomuniec jest "drugi po Pradze": rozległe Stare Miasto jest drugim co do wielkości zespołem zabytkowym w Czechach.

I niemal w samym środku tego zespołu parkujemy "Błękitną Strzałę", nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Wychodzimy więc z auta i - niespodzianka - górują nad nami strzeliste wieżyce katedry św. Wacława, w pobliżu której nieumyślnie się zatrzymaliśmy. Zresztą górują nie tylko nad nami, prężą się dumnie nad całym miastem, najwyższa z nich ma bowiem ponad sto metrów wysokości.

Co jednak ciekawe - i frustrujące zarazem - choć katedra zdaje się być tuż obok, nie możemy do niej dotrzeć! Błądzimy wąskimi uliczkami wokół, wieże chowają się przed nami za dachami kamienic wzdłuż których drepczemy. W pewnej chwili dostrzegamy nawet łososiowo-zielono-złotą cerkiew św. Gorazda, zbudowaną tuż przed II wojną światową. Śmieszny budynek, ale to nie jego szukamy. Rozglądamy się za wieżami... Są! Ale znów się od nich oddaliliśmy, nie wiadomo jakim cudem. Oj, święty Wacław nie życzy sobie chyba takich gości.

Wreszcie - udaje się! Wąską alejką docieramy pod katedrę, wstyd się przyznać, z pomocą GPS-a... Zaraz jednak przestajemy myśleć o naszej nieudolności, bo widok katedry zapiera dech w piersiach. Serio. Jak wyglądała dziewięćset lat temu, kiedy wzniesiono ją w stylu romańskim, nie mam pojęcia. Nie wiem też, jak prezentowała się gotycka, XIII-wieczna wersja (wcześniejszą bowiem zniszczył pożar). Ale neogotycka postać, którą świątynia uzyskała podczas przebudowy pod koniec XIX wieku, jest monumentalna. Sięgające nieba iglice, strzelista konstrukcja sprawiają wrażenie, jakby katedra odrastała od ziemi na znacznie więcej niż te sto metrów. I jakby miała się od tej ziemi oderwać i pofrunąć w górę.

Kiedy wchodzimy do środka, świątynia nie traci nic ze swego uroku. Barwne witraże, piętnastowieczne figury Ojców Kościoła, rzeźba i grobowiec Jana Sarkandra, morawskiego świętego, którego historia wielokrotnie wiązała z Polską. Urodził się w roku 1576 w Skoczowie, na Śląsku Cieszyńskim, skąd z owdowiałą matką przeniósł się do morawskiego Przyboru. Na początku wojny trzydziestoletniej odbył pielgrzymkę do Częstochowy, a po powrocie do morawskiego Holeszowa, gdzie pełnił rolę proboszcza, ochronił miasto przed atakiem lisowczyków, przekonując ich, że mieszkańcy są katolikami. Skończył źle, zamęczony w Ołomuńcu przez protestantów, oskarżających go o zdradę stanu. Nie udało im się zmusić duchownego do złamania tajemnicy spowiedzi namiestnika Moraw, barona Władysława Popiela Lobkovica. W 1995 r. w Ołomuńcu papież Jan Paweł II kanonizował Jana Sarkandra, czyniąc go za to patronem spowiedników.

Sarkandra zobaczyć można w Ołomuńcu jeszcze w jednym interesującym miejscu: na środkowym piętrze olbrzymiej (trzydzieści pięć metrów!) Kolumny Trójcy Przenajświętszej, wzniesionej w XVIII wieku. Wzorowy spowiednik stoi obok innych morawskich i czeskich świętych, między innymi obok swojego imiennika, Jana Nepomucena, który również odmówił złamania tajemnicy spowiedzi, za co poddano go torturom, a na koniec - w roku 1393 - zrzucono z praskiego Mostu Karola do Wełtawy.

Kolumna wygląda doprawdy niesamowicie i nie dziwimy się wcale, że trafiła na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ozdobiona kilkunastoma rzeźbami świętych stojących na trzech piętrach, płaskorzeźbami przedstawiającymi apostołów, ociekająca złotem - od umieszczonej na szczycie rzeźby Trójcy Świętej, przez pozłacaną replikę kuli z pruskiego działa wsadzoną w wyłom (przypomina o pruskim oblężeniu, podczas którego kolumna została wielokrotnie ostrzelana), po znajdującą się we wnętrzu kapliczkę z płaskorzeźbami Kaina, Abla, Noego i Abrahama. Architekt cesarski Wacław Render poświęcił na jej budowę ostatnie lata życia i cały majątek, nie doczekał jednak zakończenia prac. Nie mógł podziwiać tego, co my właśnie podziwiamy.

Ale w ołomunieckim rynku warto zobaczyć i inne rzeczy. Przede wszystkim całkiem spory średniowieczny ratusz wyglądający dokładnie tak, jak stare ratusze wyglądać powinny. Z wysoką wieżą (siedemdziesiąt sześć metrów) i zegarem. No choć drugi zegar, słoneczny z socrealistycznymi (sic!) malunkami mogliby sobie darować.

Spacerując po mieście rzucamy jeszcze okiem na dwa kościoły: Marii Panny Śnieżnej, aż nadto obsypany barokowymi detalami, oraz dziwny, wielokrotnie rozbudowany na przestrzeni ośmiu wieków kościół św. Maurycego, którego starsza wieża przypomina mi bardzo wieże świątyń wznoszonych przez krzyżowców na Ziemi Świętej. Pora już jednak kończyć zwiedzanie i przejść do rzeczy ważniejszych.

Zatem - znajdujemy restaurację. Jest wietrznie, ale ciepło, siadamy więc na zewnątrz, na środku podwórka otoczonego tylnymi ścianami kamienic. Zaraz zbliża się ku nam brzydka kelnerka z ładnym uśmiechem, żwawo przebierając stopami, na których ma grube skarpety i klapki. Zastanawiamy się, w jakim języku się do niej odezwać, wcześniej jakoś o tym nie pomyśleliśmy. Po angielsku? Nie no, bez przesady - dochodzimy do wniosku - nie będziemy się wygłupiać, przecież po polsku zrozumie.

Brzydka kelnerka staje obok nas i wita się grzecznie. Kiedy równie grzecznie odpowiadamy "dzień dobry", ładny uśmiech na jej twarzy blednie. Ciekawe, czemu? Mimo to, dalej uparcie mówimy po polsku. Nic z tego. Wreszcie dziewczyna pyta z nadzieją w języku Szekspira, czy umiemy mówić po angielsku.

- Yes, we can! - odpowiada Kuba, a potem nie wie, z czego się śmiejemy.

Od razu wszystko się zmienia. Brzydka kelnerka znów ładnie się uśmiecha, a nam udaje się zamówić to, na co mamy ochotę. No, może nie do końca mamy pewność, dopóki talerze nie lądują na naszym stole, ale po pysznym rosole dostaję to, na co czekałem, odkąd przekroczyłem czeską granicę: gulasz z knedlikami. Znaczy: goulash with dumplings. Wyborny!

Jak się potem okazuje, sytuacja z ołomunieckiej restauracji nie stanowi wyjątku. Szybko musimy porzucić beznadziejne próby dogadywania się po polsko-czesku, które już tylko dla nas są zabawne. A pamiętam, że gdy w dzieciństwie bywałem z rodzicami w Czechach, jakoś nie mieli tu problemów ze zrozumieniem polskiego, wystarczyło trochę się wysilić.

Niestety, wszechobecny angielski rozleniwia.

Czeskie ścieżki (1): BŁĘKITNA STRZAŁA
Czeskie ścieżki (2): CYCKI I CZOŁGI
Czeskie ścieżki (4): ZOMBIE POD KATEDRĄ

sobota, 20 listopada 2010

Czeskie ścieżki (2): CYCKI I CZOŁGI

Poranek. Parkujemy "Błękitną Strzałę" w centrum Ostrawy, gdzie urodził się najsłynniejszy czeski pieśniarz i współpracownik tamtejszej komunistycznej bezpieki (pseudonim "Mirek"), Jaromír Nohavica. Gdyby ktoś nie kojarzył tego pana, może posłuchać (i zobaczyć), jak śpiewa. O Ostrawie w Ostrawie:



Ostravo Ostravo
město mezi městy hořké
moje štěstí
Ostravo Ostravo
černá hvězdo nad hlavou...


Tak właściwie są to dwa miasta, położone na dwóch brzegach Ostrawicy: lewobrzeżna Morawska Ostrawa i prawobrzeżna Ostrawa Śląska (a jeszcze nie tak dawno - Polska). Byli tu Niemcy, byli husyci, była dżuma, która zdziesiątkowała mieszkańców. Historia okolicy nie oszczędzała, zostawiła za to sporo pamiątek.

Idziemy na spacer. Szybko docieramy pod neorenesansową Katedrę Boskiego Zbawiciela, która wcale nie przypominałaby kościoła, bardziej stary dworzec, gdyby nie dwie siedemdziesięciometrowe wieże. Ale nawet one nie rzucają na kolana, zaraz ruszamy więc dalej, w kierunku rynku Morawskiej Ostrawy, czyli Placu Tomasza Masaryka.

Tomasz Masaryk, gdyby ktoś nie wiedział (ja do niedawna nie wiedziałem), to "ojciec niepodległej Czechosłowacji", pierwszy prezydent tego kraju, pełniący urząd nieprzerwanie przez siedemnaście lat (1918-1935)! W młodości zasłynął bójkami z rówieśnikami niemieckiego pochodzenia, jednak rodacy po jego śmierci (w roku 1937) jakoś nie wykazywali już podobnych skłonności.

Plac Tomasza Masaryka w Ostrawie, świeżo przebudowany, podobnie jak katedra nie robi na nas wielkiego wrażenia. Choć przyznać trzeba, jest duży i od roku 1960 ma dość szczególny kształt litery L, gdyż ówczesne władze zleciły wyburzenie kwartału kamienic. Przy okazji zabrano też z placu trzystuletnią kolumnę maryjną i figurę św. Floriana, które na szczęście pod koniec XX wieku wróciły na swoje miejsce. Stoi też tutaj kilka ładnych, stuletnich kamienic. Zasadniczy problem polega jednak na tym, że z zabytkowymi budynkami sąsiadują paskudne domy handlowe z blachy i szkła, szpecąc tym samym okolicę.

Sytuacji nie ratuje nawet ratusz z XVI wieku, wielokrotnie przebudowywany w różnych stylach, po pożarach czy trafieniu piorunem. Od roku 1931 znajduje się w nim siedziba Muzeum Ostrawskiego, wtedy bowiem oddano do użytku nowy ratusz z dziewięćdziesięciometrową wieżą ze szkła i metalu. Widząc ją z daleka, byłem przekonany, że to część jakieś kopalni albo fabryki.

Ale miasto ma aż trzy ratusze. Trzeci mogliśmy obejrzeć, kiedy przeszliśmy po moście na drugi brzeg rzeki, do Śląskiej Ostrawy, która do 1919 roku nazywana była Ostrawą Polską. Zmieniono nazwę, kiedy miejscowość znalazła się w granicach Czechosłowacji. Wkrótce potem połączono ją z lewobrzeżnym osiedlem.

Znajduje się w niej zamek wzniesiony w XIII wieku przez śląskich Piastów, mocno zniszczony przez wojny, pożary i buldożery komunistów. W okresie wojen husyckich stacjonowały tu oddziały "sierotek", radykałów nazwanych tak po śmierci hetmana husytów, Jana Žižki, byłego najemnika (walczył między innymi pod Grunwaldem, po naszej stronie) i czeskiego bohatera narodowego, na cześć którego jedna z dzielnic Pragi nazywa się Žižkov. Właścicielem zamku był wówczas przywódca "sierotek", Jan Čapek, jeden z bohaterów "Trylogii husyckiej" Andrzeja Sapkowskiego.

Wróćmy jednak do trzeciego z ostrawskich ratuszów, zbudowanego sto lat temu. Biały, trochę neorenesansowy, trochę secesyjny budynek prezentuje się nieźle, oglądamy go sobie więc ze wszystkich stron. Na zielonym wzniesieniu, z błękitem niebem w tle wygląda malowniczo. Szybko jednak przykuwa naszą uwagę pobliski pomnik i o ratuszu zapominamy.

Ów pomnik to radziecki T-34, uważany - choć można mieć poważne wątpliwości, czy słusznie - za jeden z najlepszych czołgów, jakie pojawiły się na frontach drugiej wojny światowej (tak, "Rudy" czterech pancernych to właśnie T-34). Ba! Wiele państw używało pojazdów tego typu długo po wojnie, w niektórych zakątkach świata do dziś zobaczyć można T-34 na wyposażeniu armii. Czołgi te brały udział w wojnie koreańskiej i w wietnamskiej, w licznych konfliktach na Bliskim Wschodzie, odegrały też istotną rolę na Cyprze (podczas zamachu stanu), a nawet na Bałkanach w latach 90-tych XX wieku.

Ale czołg, który mamy przed oczami, od dekad nie uczestniczył w żadnej bitwie. Celując lufą w niebo, stoi na wysokim postumencie, przyozdobionym płaskorzeźbami. Możemy więc podziwiać dzielnego sołdata, prącego naprzód z karabinem i sowiecką flagą, za plecami którego kryje się kobieta z niemowlęciem.

- E, z drugiej strony jest fajniej - komentuje Ania. - Są cycki.

Biegnę. Rzeczywiście, są cycki - i jest reszta półnagiej kobiety z dziwną twarzą. Wyciąga ramię równolegle do lufy nacierającego czołgu. Socrealistyczna Wolność wiodąca radziecki lud na imperialistyczne barykady. Delacroix może się schować.

A skoro już jesteśmy przy cyckach. Uświadamiam sobie, że podczas niezbyt długiego przecież spaceru po Ostrawie widziałem wyjątkowo dużo atrakcyjnych kobiet, z fajnym biustem właśnie, długimi nogami - a przy tym bardzo zadbanych, umalowanych z wyczuciem i dobrze ubranych. I ani jednego - że pozwolę sobie zacytować prezydenta - kaszalota. Ani jednej naprawdę brzydkiej czy grubej dziewczyny, serio. Rzecz, niestety, na polskiej ulicy nie do pomyślenia.

Morał z tego taki, że Czeszki chyba rzeczywiście są ładniejsze od Polek. Choć nie wiem, czy mają szczęście z urodzenia, czy po prostu raczej bardziej o siebie dbają. W każdym razie przestałem się dziwić znajomemu, który zaraz po studiach przeprowadził się do Pragi.

Takiemu to dobrze.

Czeskie ścieżki (1): BŁĘKITNA STRZAŁA
Czeskie ścieżki (3): KNEDLIKI PO ANGIELSKU
Czeskie ścieżki (4): ZOMBIE POD KATEDRĄ

czwartek, 18 listopada 2010

Czeskie ścieżki (1): BŁĘKITNA STRZAŁA

Środek nocy. Ziewając, zbliżamy się do auta, którym w nadchodzących dniach planujemy przejechać przeszło tysiąc kilometrów. Za wycieraczką znajdujemy skserowaną ulotkę. Nie napawa optymizmem:

KUPIĘ !!!
Skup aut na części i złom
Bez względu na stan
powypadkowe, popowodziowe, skorodowane, spalone, wszystkie


Jacek, dumny właściciel "Błękitnej Strzały", nie sili się nawet na wzruszenie ramion. - Standard - mówi z kamienną twarzą, kiedy składam ulotkę na pamiątkę. - Ciągle wciskają mi za wycieraczkę coś takiego.

A potem wyciąga z bagażnika butlę oleju i leje, leje, leje... Bo jeśli idzie o olej silnikowy, "Błękitna Strzała" łyka jak młody pelikan. Ale czego spodziewać się po dwudziestoletnim escorcie?

Nasz ford, dodajmy, ma silnik 1.3 i jeździ na gaz. Z apetytem chrupie go rdza, a podczas jazdy słychać przedziwne odgłosy, gwizdy z kratek nawiewu, skrzypienie Bóg wie gdzie, czasem też klekotanie tu i tam.

Mimo wszystko - pakujemy toboły, wsiadamy. Kilka zgrzytów, świstów i ruszamy. Prowadzi nas GPS, cieszący się naszym bezgranicznym zaufaniem. Błąd. Nie trafiamy na drogę, o której myśleliśmy. Zawracamy, źle skręcamy na kilku skrzyżowaniach... Oczywiście - jak przystało na upośledzonych ludzi XXI wieku, chętnie oddających się na pastwę nowoczesnej elektroniki - nie mamy ze sobą żadnej papierowej mapy czy atlasu.

Jakoś wreszcie udaje się nam dostać na dobrą, powiedzmy, drogę, ale do Cieszyna docieramy z godzinną obsuwą względem ambitnego planu. Przekraczamy granicę i trasą, która wygląda lepiej niż jakakolwiek polska autostrada (choć wcale autostradą nie jest), jedziemy na Frydek-Mistek. Przy stu dziesięciu na liczniku "Błękitna Strzała" wyje i drży, ale bez chwili wytchnienia wiezie nas na południe. Nie pozwala jednak posłuchać muzyki, odtwarzacz CD odmawia posłuszeństwa po kilku utworach. Ważne, że jedziemy!

Przejeżdżamy przez centrum miasta Frydek-Mistek, które podczas drugiej wojny światowej powstało z połączenia dwóch miejscowości (śląskiego Frydka i morawskiego Mistka, jak można się domyślić). Tutaj warto wspomnieć, że Mistek przeszedł do historii jako jedyne miejsce oporu armii czeskiej przed hitlerowską okupacją. Tak, jedyne. Cóż, większość wojowniczy Czechów wybito przed wiekami.

W średniowieczu Frydek był grodem granicznym Księstwa Cieszyńskiego, w Mistku zajmowano się głównie handlem. Potem miasteczka przechodziły z rąk do rąk i wiodło im się raz gorzej, raz lepiej. Bardzo dobre czasy nadeszły w XIX wieku, kiedy stały się ważnymi ośrodkami przemysłowymi. W maju 1945 natomiast znaczna część poszła w gruzy w wyniku ostrych walk wycofujących się Niemców z... Nie, nie z Czechami, oczywiście. Z armią radziecką.

Miasto ma więc długą i ciekawą historię, a z dawnych czasów zachowało się trochę zabytków, którym warto byłoby się przyjrzeć - jak zamek książąt cieszyńskich czy od trzystu lat odwiedzana przez pielgrzymów katedra Najświętszej Marii Panny (słynąca z cudów przywracania wzroku i słuchu) - ale nie mamy czasu. Pierwszy ustalony przystanek: Ostrawa. I tego będziemy się trzymać.

Oby "Błękitna Strzała" również.

Czeskie ścieżki (2): CYCKI I CZOŁGI
Czeskie ścieżki (3): KNEDLIKI PO ANGIELSKU
Czeskie ścieżki (4): ZOMBIE POD KATEDRĄ

poniedziałek, 15 listopada 2010

Gołąb maltański (6): OSTATNIE ANGIELSKIE ŚNIADANIE

Za pierwszym razem nawet mi smakowało. Czułem się po nim co prawda nieco ociężały, ale że nigdzie mi się nie spieszyło, nie był to problem. Więc następnego dnia zamówiłem to samo, tym razem w innym lokalu (acz przy tej samej Turystycznej ulicy w Buġibbie), również prowadzonym przez Brytyjczyków, których całkiem sporo uciekło na Maltę nie na tydzień czy dwa, lecz na dobre. Zważywszy na brytyjski klimat, nie dziwię się wcale.

Nie zaczyna się najlepiej. Śniadanie przynosi kelner, na oko, osiemdziesięcioletni (przynajmniej!). Z chorobą Parkinsona. Nie, nie żartuję. Talerze z jedzeniem jeszcze jakoś doniósł, ale jedną trzecią herbaty i mleka zgubił po drodze. Cóż, to fajnie, że człowiek w tym wieku, pomimo widocznych trudności, chce pracować - ale mogliby mu chyba znaleźć jakieś inne zajęcie, co?

Ech, mniejsza o to, ważne, że kolejne angielskie śniadanie znalazło się przede mną. Dwie przypieczone kiełbasy, dwa niemal spalone jajka sadzone, kilka plastrów boczku, pomiędzy tym wszystkim fasola i smażone pomidory, tu i ówdzie trafi się kawałek grzybka... Sporo żarcia, a zapłaciłem trzy euro. Wszystko niestety skąpane w tłuszczu, który przy każdym poruszeniu widelca wylewa się z talerza na obrus z ceraty. Aha, obok jest jeszcze drugi talerz, a na nim góra tostów.

Jem i tym razem nie smakuje mi już tak bardzo, choć nie mogę powiedzieć, że jest gorsze niż poprzedniego dnia. Chyba straciło po prostu urok nowości - i pozostał tylko tłuszcz. Nie udaje mi się dokończyć. I na następne podobne śniadanie nie mam już ochoty - przynajmniej do czasu, kiedy nie zacznę na pełny etat pracować w polu.

Bo rozumiem, że takie jedzenie było sensownym rozwiązaniem dla chłopów i robotników, którzy o świcie wyruszali do ciężkiej, fizycznej pracy, by następny posiłek zjeść dopiero po zmroku. Ale jak Brytyjczycy mogą jeść coś takiego (wielu z nich - codziennie!) przed wyjściem, dajmy na to, do biura, w którym spędzą na siedząco kilka godzin, z przerwą na lunch, i podjadając krakersy? Albo na Malcie, przed pójściem na plażę?

Najwyraźniej mogą. I wyglądają przez to tak, jak wyglądają - z opublikowanego niedawno raportu OECD wynika, że 63% Brytyjczyków ma nadwagę. Wyprzedzają ich tylko Amerykanie, z wynikiem 67%.

Zatem angielskim śniadaniom mówimy "nie!". A następnym razem może napiszę wreszcie co nieco o wizycie w Valletcie. I o gołębiu.

Gołąb maltański (1): POŻEGNANIE Z EUROPĄ
Gołąb maltański (2): SPYTAJ POLICJANTA
Gołąb maltański (3): GROM W RAJU
Gołąb maltański (4): ANIOŁY I KRZYŻE
Gołąb maltański (5): SENGLEA ATHLETIC F.C.

wtorek, 9 listopada 2010

Gołąb maltański (5): SENGLEA ATHLETIC F.C.

Senglea (po maltańsku: L-Isla) to trzecia - obok Birgu i Bormli - z miejscowości tworzących maltańskie Trójmiasto, Three Cities, zwane także Cottonerą. To od nazwiska wielkiego mistrza joannitów, Nicolasa Cottonery. Zresztą podobnie z Sangleą, nazwaną tak na cześć mistrza Claude'a De La Sengle, za czasów którego wybudowano miasto w miejscu, gdzie wcześniej znajdowało się jedynie kilka budynków (pierwszym była najprawdopodobniej kaplica z roku 1311).

Przystanie, fortyfikacje, ulice i kościoły wyglądają tutaj tak samo, jak w Birgu i Bormli, za to naszą uwagę przykuwa coś naprawdę niezwykłego. Boisko. Nie żeby boiska były na Malcie rzadkością. Wręcz przeciwnie, jest ich tu pełno, w każdym miasteczku i w każdej wiosce. Na tej małej wyspie (no dobrze, na dwóch wyspach, z tym że druga, Gozo, jest jeszcze mniejsza) są aż cztery ligi piłkarskie. Serio! The Maltese Premier League, a niżej First, Second and Third Division. Oj, widać, że Brytyjczycy tu byli, widać.

Zresztą same nazwy klubów wyraźnie wskazują, kto zaraził Maltańczyków miłością do futbolu. Senglea Athletic F.C. (najlepsza drużyna z miejscowości, którą zwiedzamy), Sliema Wanderers F.C. (najbardziej utytułowany klub w kraju) czy Hibernians F.C. I wszystko jasne, prawda?

Wracając jednak do wspomnianego boiska, którego widok nas zaskoczył. To że Maltańczycy w swoich ciasnych miasteczkach wciskają placyki do gry w piłkę, gdzie tylko się da, już wiedzieliśmy. Ale żeby aż tak?! Oto wychylamy się za murek nad przystanią i nagle widzimy pod nami - pomiędzy murami, płotami i parkingiem, kilka metrów od morza - boisko ze sztuczną murawą, mające kształt nieforemnego czworokąta, z jednym polem karnym dwa razy większym od drugiego.

Biegają po nim zawzięcie dziesięcioletni chłopcy, na których pokrzykuje jakiś mężczyzna, pewnie trener. Najwyraźniej trafiliśmy na trening trampkarzy tutejszej drużyny. Dziwny kształt boiska zdaje się im wcale nie przeszkadzać.

Jesteśmy pod wrażeniem. Przez chwilę patrzymy, jak grają, w pobliżu jednak jest miejsce, z którego rozciąga się fajniejszy widok. To znaczy joannicka baszta obserwacyjna, ozdobiona symbolami uważnej warty: żurawiem, okiem i uchem, ulokowana na skraju przybrzeżnych fortyfikacji, tuż koło niewielkiego ogrodu. Znajduje się w doskonałym miejscu, widać z niej całą zatokę, Birgu, Bormlę i Fort Świętego Anioła. A także Vallettę, o wizycie w której kilka słów napiszę wkrótce.

Ale nie w najbliższym odcinku. Następnym razem będzie bowiem o jedzeniu.

Gołąb maltański (1): POŻEGNANIE Z EUROPĄ
Gołąb maltański (2): SPYTAJ POLICJANTA
Gołąb maltański (3): GROM W RAJU
Gołąb maltański (4): ANIOŁY I KRZYŻE
Gołąb maltański (6): OSTATNIE ANGIELSKIE ŚNIADANIE

środa, 3 listopada 2010

Gołąb maltański (4): ANIOŁY I KRZYŻE

Bormla, zwana także (z włoskiego) Cospicua, do złudzenia przypomina Birgu, z którym graniczy. Wokół nas przystanie, fortyfikacje, kościoły, wąskie uliczki i stare kamienice z piaskowca. Wszystko to jednak pojawiło się dopiero po zakończeniu tureckiego oblężenia z 1565 roku, wcześniej znajdowała się tutaj tylko rybacka wioska. Na wieść o nadciągającym wrogu joannici zrównali ją z ziemią, by na nic nie przydała się napastnikom zagrażającym pobliskiemu Fortowi Świętego Anioła.

Gdy po czterech miesiącach walk żołnierze Imperium Osmańskiego zostali odparci, zaraz zabrano się do odbudowy Bormli, która jeszcze w XVI wieku stała się murowanym miasteczkiem z własnym kościołem parafialnym (w 1584 roku). Kiedy docieramy pod świątynię, naszą uwagę przyciąga niezwykły pomnik aniołów prężących się w zwycięskich pozach. Pojawił się tu nie tak dawno, w pięćdziesiątą rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej, podczas której Malta pełniła rolę - jak ujął to Winston Churchill - niezatapialnego lotniskowca.

Wyspa bowiem, warto wiedzieć, była jednym z najmocniej bombardowanych rejonów na świecie: ponad trzy tysiące nalotów niemieckiej Luftwaffe i włoskiej Regia Aeronautica w latach 1940-1942. Malty broniły wówczas brytyjskie Royal Air Force i Royal Navy, wspomagane przez tutejszą ludność. Król Wielkiej Brytanii Jerzy VI Windsor, będąc pod wrażeniem heroizmu cywilów (i chcąc zmotywować ich do dalszej walki), w roku 1942 roku odznaczył Maltę Krzyżem Jerzego. Tak, to właśnie ten krzyżyk, który zobaczyć można w górnym, lewym rogu maltańskiej flagi.



Parafialny kościół też zwiedzamy, choć wygląda identycznie jak większość z trzystu sześćdziesięciu pięciu maltańskich świątyń, jakby odlewano je z jednej formy i malowano według niezmiennego wzoru: dwie wieże na przedzie, z tyłu czerwona kopuła, wszystko w środku zorganizowane tak samo. Ba! Często nawet witraże wydają się być identyczne. To nie to, co w Częstochowie, gdzie kościoły też są co sto metrów - ale każdy inny. No, prawie każdy.

Aczkolwiek prócz kościołów, jest na Malcie jeszcze coś, na co można natknąć się za każdym rogiem. Nawet - albo i przede wszystkim - tam, gdzie nikt by się nie spodziewał. O tym już jednak w następnym odcinku.

Gołąb maltański (1): POŻEGNANIE Z EUROPĄ
Gołąb maltański (2): SPYTAJ POLICJANTA
Gołąb maltański (3): GROM W RAJU
Gołąb maltański (5): SENGLEA ATHLETIC F.C.
Gołąb maltański (6): OSTATNIE ANGIELSKIE ŚNIADANIE