poniedziałek, 22 listopada 2010

Czeskie ścieżki (3): KNEDLIKI PO ANGIELSKU

Ołomuniec ma za sobą tysiąc lat historii, pierwsze pisemne wzmianki o mieście pochodzą z początków XI wieku. W wieku XII stał się stolicą Moraw, w XIII zaś zdobył status miasta królewskiego. Na terenach, które obejmuje państwo czeskie, przez stulecia był zawsze "drugi po Pradze". Był drugim ośrodkiem miejskim, jeśli idzie o wielkość, powstał w nim też drugi czeski uniwersytet (w roku 1573). Dobre czasy skończyły się podczas wojny trzydziestoletniej, kiedy Szwedzi zdobyli i zniszczyli miasto, a prymat w okolicy przejęło Brno. Ale i dziś Ołomuniec jest "drugi po Pradze": rozległe Stare Miasto jest drugim co do wielkości zespołem zabytkowym w Czechach.

I niemal w samym środku tego zespołu parkujemy "Błękitną Strzałę", nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Wychodzimy więc z auta i - niespodzianka - górują nad nami strzeliste wieżyce katedry św. Wacława, w pobliżu której nieumyślnie się zatrzymaliśmy. Zresztą górują nie tylko nad nami, prężą się dumnie nad całym miastem, najwyższa z nich ma bowiem ponad sto metrów wysokości.

Co jednak ciekawe - i frustrujące zarazem - choć katedra zdaje się być tuż obok, nie możemy do niej dotrzeć! Błądzimy wąskimi uliczkami wokół, wieże chowają się przed nami za dachami kamienic wzdłuż których drepczemy. W pewnej chwili dostrzegamy nawet łososiowo-zielono-złotą cerkiew św. Gorazda, zbudowaną tuż przed II wojną światową. Śmieszny budynek, ale to nie jego szukamy. Rozglądamy się za wieżami... Są! Ale znów się od nich oddaliliśmy, nie wiadomo jakim cudem. Oj, święty Wacław nie życzy sobie chyba takich gości.

Wreszcie - udaje się! Wąską alejką docieramy pod katedrę, wstyd się przyznać, z pomocą GPS-a... Zaraz jednak przestajemy myśleć o naszej nieudolności, bo widok katedry zapiera dech w piersiach. Serio. Jak wyglądała dziewięćset lat temu, kiedy wzniesiono ją w stylu romańskim, nie mam pojęcia. Nie wiem też, jak prezentowała się gotycka, XIII-wieczna wersja (wcześniejszą bowiem zniszczył pożar). Ale neogotycka postać, którą świątynia uzyskała podczas przebudowy pod koniec XIX wieku, jest monumentalna. Sięgające nieba iglice, strzelista konstrukcja sprawiają wrażenie, jakby katedra odrastała od ziemi na znacznie więcej niż te sto metrów. I jakby miała się od tej ziemi oderwać i pofrunąć w górę.

Kiedy wchodzimy do środka, świątynia nie traci nic ze swego uroku. Barwne witraże, piętnastowieczne figury Ojców Kościoła, rzeźba i grobowiec Jana Sarkandra, morawskiego świętego, którego historia wielokrotnie wiązała z Polską. Urodził się w roku 1576 w Skoczowie, na Śląsku Cieszyńskim, skąd z owdowiałą matką przeniósł się do morawskiego Przyboru. Na początku wojny trzydziestoletniej odbył pielgrzymkę do Częstochowy, a po powrocie do morawskiego Holeszowa, gdzie pełnił rolę proboszcza, ochronił miasto przed atakiem lisowczyków, przekonując ich, że mieszkańcy są katolikami. Skończył źle, zamęczony w Ołomuńcu przez protestantów, oskarżających go o zdradę stanu. Nie udało im się zmusić duchownego do złamania tajemnicy spowiedzi namiestnika Moraw, barona Władysława Popiela Lobkovica. W 1995 r. w Ołomuńcu papież Jan Paweł II kanonizował Jana Sarkandra, czyniąc go za to patronem spowiedników.

Sarkandra zobaczyć można w Ołomuńcu jeszcze w jednym interesującym miejscu: na środkowym piętrze olbrzymiej (trzydzieści pięć metrów!) Kolumny Trójcy Przenajświętszej, wzniesionej w XVIII wieku. Wzorowy spowiednik stoi obok innych morawskich i czeskich świętych, między innymi obok swojego imiennika, Jana Nepomucena, który również odmówił złamania tajemnicy spowiedzi, za co poddano go torturom, a na koniec - w roku 1393 - zrzucono z praskiego Mostu Karola do Wełtawy.

Kolumna wygląda doprawdy niesamowicie i nie dziwimy się wcale, że trafiła na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ozdobiona kilkunastoma rzeźbami świętych stojących na trzech piętrach, płaskorzeźbami przedstawiającymi apostołów, ociekająca złotem - od umieszczonej na szczycie rzeźby Trójcy Świętej, przez pozłacaną replikę kuli z pruskiego działa wsadzoną w wyłom (przypomina o pruskim oblężeniu, podczas którego kolumna została wielokrotnie ostrzelana), po znajdującą się we wnętrzu kapliczkę z płaskorzeźbami Kaina, Abla, Noego i Abrahama. Architekt cesarski Wacław Render poświęcił na jej budowę ostatnie lata życia i cały majątek, nie doczekał jednak zakończenia prac. Nie mógł podziwiać tego, co my właśnie podziwiamy.

Ale w ołomunieckim rynku warto zobaczyć i inne rzeczy. Przede wszystkim całkiem spory średniowieczny ratusz wyglądający dokładnie tak, jak stare ratusze wyglądać powinny. Z wysoką wieżą (siedemdziesiąt sześć metrów) i zegarem. No choć drugi zegar, słoneczny z socrealistycznymi (sic!) malunkami mogliby sobie darować.

Spacerując po mieście rzucamy jeszcze okiem na dwa kościoły: Marii Panny Śnieżnej, aż nadto obsypany barokowymi detalami, oraz dziwny, wielokrotnie rozbudowany na przestrzeni ośmiu wieków kościół św. Maurycego, którego starsza wieża przypomina mi bardzo wieże świątyń wznoszonych przez krzyżowców na Ziemi Świętej. Pora już jednak kończyć zwiedzanie i przejść do rzeczy ważniejszych.

Zatem - znajdujemy restaurację. Jest wietrznie, ale ciepło, siadamy więc na zewnątrz, na środku podwórka otoczonego tylnymi ścianami kamienic. Zaraz zbliża się ku nam brzydka kelnerka z ładnym uśmiechem, żwawo przebierając stopami, na których ma grube skarpety i klapki. Zastanawiamy się, w jakim języku się do niej odezwać, wcześniej jakoś o tym nie pomyśleliśmy. Po angielsku? Nie no, bez przesady - dochodzimy do wniosku - nie będziemy się wygłupiać, przecież po polsku zrozumie.

Brzydka kelnerka staje obok nas i wita się grzecznie. Kiedy równie grzecznie odpowiadamy "dzień dobry", ładny uśmiech na jej twarzy blednie. Ciekawe, czemu? Mimo to, dalej uparcie mówimy po polsku. Nic z tego. Wreszcie dziewczyna pyta z nadzieją w języku Szekspira, czy umiemy mówić po angielsku.

- Yes, we can! - odpowiada Kuba, a potem nie wie, z czego się śmiejemy.

Od razu wszystko się zmienia. Brzydka kelnerka znów ładnie się uśmiecha, a nam udaje się zamówić to, na co mamy ochotę. No, może nie do końca mamy pewność, dopóki talerze nie lądują na naszym stole, ale po pysznym rosole dostaję to, na co czekałem, odkąd przekroczyłem czeską granicę: gulasz z knedlikami. Znaczy: goulash with dumplings. Wyborny!

Jak się potem okazuje, sytuacja z ołomunieckiej restauracji nie stanowi wyjątku. Szybko musimy porzucić beznadziejne próby dogadywania się po polsko-czesku, które już tylko dla nas są zabawne. A pamiętam, że gdy w dzieciństwie bywałem z rodzicami w Czechach, jakoś nie mieli tu problemów ze zrozumieniem polskiego, wystarczyło trochę się wysilić.

Niestety, wszechobecny angielski rozleniwia.

Czeskie ścieżki (1): BŁĘKITNA STRZAŁA
Czeskie ścieżki (2): CYCKI I CZOŁGI
Czeskie ścieżki (4): ZOMBIE POD KATEDRĄ

3 komentarze:

  1. Ołomuniec to naprawdę ładne miasto. Ja, co prawda, odwiedzałem je w nieco mniej sympatycznych okolicznościach przyrody (styczeń) ale i tak było bardzo sympatycznie. A obiad, o ile dobrze pamiętam, zamawialiśmy chyba częściowo po polsku :) Jeśli kogoś to interesuje, zapraszam do rzucania okiem na nasze zdjęcia z Ołomuńca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Do tej pory nie wiem z czego się śmialiście ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To se "yes we can" w googla wpisz ;) I najlepiej w "grafika" kliknij.

    OdpowiedzUsuń